10 I 49 p.n.e. Kości zostały rzucone a Rubikon przekroczony
(fragment artykułu Włodzimierza Kalickiego)
(…) Cezar pojmuje, że gra na zwłokę, intrygi, przekupstwo nie zdadzą się już na nic. Nadeszła pora działania. Przygotowuje się do zbrojnej konfrontacji z Pompejuszem i senatem rozważnie i ostrożnie. Jego jedyną szansą jest zaskoczenie przeciwników. Za żadne skarby zatem nie może zdradzić swych zamiarów.
Późnym przedpołudniem wydaje pierwsze rozkazy. Dwie kohorty piechoty i nieco jazdy mają wyruszyć z Rawenny na południe, w stronę granicy z Italią. Tuż przed graniczną rzeką Rubikon oddziały te mają stanąć na popas. Teraz Cezar zwołuje najbardziej zaufanych centurionów i setników. Poleca im wybrać z żołnierskich szeregów najwierniejszych legionistów. Tak sformowany doborowy oddział szturmowy ma skrycie przedostać się do Ariminum, jednego z kluczowych miast italskich przy granicy z Galią. Oficerowie i legioniści przebierają się w cywilne stroje, ukrywają w nich krótkie, masywne miecze i pojedynczo lub w niewielkich grupkach ruszają w stronę granicy. W Ariminum mają udawać, że się nie znają - aż do chwili, gdy zjawi się tam ich wódz.
Sam Cezar wczesnym popołudniem zaczyna odgrywać rolę człowieka beztroskiego, w świetnym nastroju, niemającego zielonego pojęcia o tym, co zaszło w Rzymie. Najpierw odwiedza znajomych w mieście. Potem ogląda walki gladiatorów. Wraz ze swoją świtą żywo dyskutuje o ich wyszkoleniu, a w końcu idzie na budowę szkoły dla młodych gladiatorów i starannie, nie-
spiesznie ją wizytuje. Wczesnym wieczorem w licznym towarzystwie oficerów i miejscowych notabli zasiada do wystawnej uczty. W połowie biesiady udaje, że jest niedysponowany. Przeprasza gości, że ich na parę chwil opuszcza, ale musi nieco odpocząć. Lekko zgięty, wyraźnie trapiony przez jakąś dolegliwość, powoli opuszcza salę.
Za drzwiami Cezar prostuje się. Energicznym krokiem wychodzi na tyły domu. Tam czeka już wynajęty przez jego oficerów wóz piekarza z sąsiedztwa. Dla niepoznaki kazali piekarzowi zaprząc zamiast koni powolne muły. Gdyby nawet ktoś w półmroku dostrzegł wyjeżdżającego byłego namiestnika Galii, nie pomyślałby przecież, że rusza on na Rzym w wózku ciągnionym przez muły!
Cezar wsiada, woźnica rusza czym prędzej. Z miasta wyjeżdżają jedną z dróg wiodących w głąb Galii. Dopiero gdy nikną światła Rawenny, woźnica zawraca inną drogą na południe.
Na południe ruszają też najwierniejsi towarzysze broni Cezara. Idą pojedynczo, rozmaitymi drogami, skrywając broń. Wszyscy mają się spotkać nad Rubikonem, tam, gdzie już czekają wysłane rano kohorty XIII legionu.
Zimowa noc zapada szybko. W ciemnościach wóz błądzi po bezdrożach. Cezar nie ryzykuje. Zatrzymuje woźnicę. Dygocąc z zimna, tylko trochę podsypiając, przeczekuje noc. O pierwszym brzasku poleca woźnicy zostawić w krzakach wóz. Dalej idą pieszo. Przypadkowo spotkany wędrowiec zgadza się poprowadzić ich nad rzekę. To już blisko. Cezar poleca iść bocznymi, krętymi ścieżkami. I oto kończą się chaszcze - przed nimi Rubikon!
Na nadrzecznym błoniu czekają w luźnym szyku wysłani wcześniej piechurzy i jeźdźcy XIII legionu.
Wodza otaczają zaufani oficerowie. Nagle Cezara opadają wątpliwości. A może wstrzymać miecz, zaniechać wojny domowej? Hamletyzuje: “Jeśli wstrzymam się, przyjaciele, od przekroczenia tej rzeki, zaczną się dla mnie nieszczęścia, jeśli ją przekroczę, nieszczęścia spadną na wszystkich”. Nikt z jego świty nie może być pewien, czy to chwila prawdziwej słabości, czy raczej test wierności i zdecydowania dla oficerów. Nikt też wątpliwości wodza nie podtrzymuje. W końcu Cezar woła: “Idźmy tam, dokąd nas wzywa znak i wieszcze bogów oraz niesprawiedliwość wrogów. Kości zostały rzucone!”.
W otoczeniu centurionów i setników wkracza między szeregi legionistów.
Cezar, który zawsze znakomicie, jakby szóstym zmysłem, wyczuwał nastroje żołnierzy, w mig orientuje się, że trawi ich niepokój i lęk. To prości ludzie, wierzący w bogów i we wpajane im od lat rzymskie ideały. Przekroczenie rzeki granicznej i wejście z bronią w ręku na ziemię ojczystą to dla nich więcej niż złamanie prawa - to świętokradztwo! Cezar przemawia do żołnierzy. Mówi wiele o ich dzielności, o wielkich trudach i triumfach w kampanii galijskiej. Mętnie zapewnia, że trzeba upomnieć się o swe prawa, ale rzeczy najważniejsze zataja. Ani słowa o zerwaniu z Pompejuszem, o nieuchronności bratobójczego przelewu krwi.
Jest świetnym mówcą, ale tym razem czuje, że nie wszystkich żołnierzy przekonał. Natychmiast rozkazuje wypuścić kilka koni jazdy na wolność, jako ofiarę dla bóstwa rzeki Rubikon. Legioniści patrzą na galopujące na wolności wierzchowce i w ich serca wstępuje nieco otuchy.
Cezar nie traci ani chwili - chce jak najszybciej wkroczyć do italskiego Ariminum. Ostatnie dni były dość ciepłe i wody Rubikonu znacznie wezbrały. Piechurzy nie są w stanie bezpiecznie przemaszerować przez nurt na drugi brzeg. Nie ma czasu na budowanie mostu, w czym zresztą legioniści Cezara są mistrzami. Cezar zna jednak dowcipny, choć ryzykowny sposób forsowania bystrych, niezbyt głębokich rzek. Wypraktykował go w czasie walk w Galii, gdy musiał natychmiast sforsować rzekę Allier. Jazda na koniach wkracza w nurt i tworzy rodzaj tamy powstrzymującej silny prąd wody. Pod osłoną koni piechurzy, trzymając się za ręce, powoli przekraczają Rubikon. Na italskim brzegu nikt nie próbuje nawet suszyć odzieży. W przejmującym zimnie, w szarości mgły ledwie prześwietlonej wczesnym brzaskiem kolumna mokrych żołnierzy w ponurym milczeniu szybkim krokiem maszeruje na Ariminum.
źródło: http://wyborcza.pl/1,86176,2483176.html
